Przejdź do głównej zawartości

wozić każdy chce się szumnie




Do tej pory nie miałem właściwie nic przeciwko rosnącej komercjalizacji rapu. Myślałem, że w końcu ten cały cyrk ostatecznie osiągnie swój końcowy pułap i przestanie się rozwijać na dobre. Że przecież słuchacze w końcu zorientują się, iż są robieni w balona i miast być najsurowszymi krytykami raperów, są tylko młodymi pelikanami, łykającymi każde kolejne ruchy marketingowe. Że raperzy z mainstreamu znowu zaczną nawijać na zajawce, a nie tylko dla poszerzania portfela nowym plikiem banknotów. Jak się okazało, byłem naiwny. I powoli zaczyna mnie wkurwiać ten syf.

Nie chcę być źle zrozumianym, bo dobrze wiem, że żaden pieniądz nie śmierdzi i nie ma nic lepszego, niż możliwość łączenia swojej pasji z zarabianiem grosza. Właśnie- łączenia. Bo to chyba ma być pewna symbioza- artysta daje z siebie sto procent i w zamian za to dostaje fejm/pochlebne opinie/hajs z koncertów i sprzedaży płyt. Niektórzy jednak traktują rap jako bardzo dobrą fuchę: pójść do studia, odbębnić swoje, wrócić do domu i pojechać w trasę koncertową, będącą w gruncie rzeczy całkiem niezłą imprezą. Przynajmniej mam takie wrażenie, bo kiedy patrzę na obecną kondycję polskiej rapsceny jestem zaskoczony, jak bardzo można zwrócić na siebie uwagę, będąc jedynie kolejnym, jednym z wielu, o którym za kilka(-naście) lat wszyscy zapomną.

Pomnikiem dla takiego stanu rzeczy jest rzecz jasna Donatan i jego słowiańsko-przaśno-gówniane klimaty, na dodatek odgrzewane już chyba na wszelkie możliwe sposoby. Niebywały jak na polskie warunki sukces Równonocy, której zresztą przez jakiś czas kibicowałem, zamienił się w stygnące truchło, którego bękart jest nam wręcz wpychany do gardła. Mowa o nieszczęsnym „My Słowianie”, ze wszystkich stron oklejonym sloganami typu „to tylko żart muzyczny", "powstało przypadkowo", "jeśli się nie podoba, to cierpisz na uwiąd starczy, skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą". Takie tłumaczenia są naprawdę żenujące. Nie widzę w owym utworze żadnego humorystycznego akcentu, chyba że śmieszy kogoś widok do poły odsłoniętych, kobiecych piersi. Śmiać się można jedynie z gustu słuchaczy, którym coś tak oklepanego się rzeczywiście podoba. Ale co tam jakieś dyskursy marnych hejterów! Jedziemy z promocją, wywiady, sylwester z polsatem, anglojęzyczna wersja, Luxuria uczy ubijać masło, międzynarodowa kariera, Donatan bez okularów. No i oczywiście cycki. Wszędzie cycki. Najważniejsze to mieć miniaturę z cyckami na YouTube. I rekordy popularności gwarantowane.


Swoją cegiełkę dorzucają także poszczególne wytwórnie fonograficzne, które usilnie próbują zrobić gwiazdę z kogoś, kto w normalnym przemyśle muzycznym mógłby kandydować maksymalnie na rolę hypemana. Prym wiedzie w tej kwestii UrbanRec, a Step Records depcze im po piętach. Spora część młodych twarzy, które są wspomagane promocją przez większe labele to, krótko mówiąc, produkty zlepione na potrzeby mas. Nie myli się więc ani o włos Eripe, który nawinął ostatnio, że „w wytwórniach patrzą tylko na to kto się sprzeda”. I wedle tej zasady kręci się obecnie pewien odłam głównego nurtu zalewając nas rapem w dużej mierze przeciętnym, a często jest to jeszcze kilka poziomów niżej. Nie odmawiam nikomu zajawki, bo może rzeczywiście chcą aktywnie uczestniczyć w tej kulturze. Nie zabraniam też nikomu nagrywać, nawet jeśli jest to KaeN. Ale niewspółmierność popularności do rzeczywistych skillsów i karmienie młodego pokolenia rapem zwyczajnie słabym skutkuje dwiema rzeczami. Pierwsza- bardzo dobrzy, choć niedoceniani, artyści chcą kończyć kariery ze względu na małe zainteresowanie słuchaczy (taki pomysł miał kiedyś Jeżozwierz, a zrealizowali go Jot, czy Łozo aka Pitahaya). Druga- paczenie gustów. Ekstremalne.

Kolejnym argumentem za modnym ostatnio zdelegalizowaniem polskiego hip-hopu jest jego rosnący populizm. Przykłady można mnożyć. Pokahontaz przecież całkowitym zbiegiem okoliczności odrodza się akurat w czasie premiery filmu o Paktofonice, Kaen dostaje promocję od Sokoła, nie dlatego że jest dobrym raperem, tylko z powodu bycia mkasymalnie kontrowersyjnym, a Miuosh po zadeklarowaniu się, że tworzy muzykę dla fanów, którym podobają się staroszkolne brzmienia, postanawia ni z tego ni z owego dołączyć do sympatyków newschoolu i wydać krążek właśnie w takim klimacie. Oburzenie katowiczanina na niepochlebne w związku z tym komentarze jest zwyczajnie bezpodstawne, bo słychać dobrze, że zmiana stylu nie jest spowodowana przez naturalny rozwój, a przez dostosowanie się do upodobań słuchaczy, którzy zaczynają powoli przyswajać nowe rozwiązania muzyczne i przestają być krytyczni w stosunku do czegoś, co choć trochę odbiega od samplowania i ciężkich werbli. To czas na nowoczesność. To czas na zmianę wizerunku, Onar licz hajsy.


Podobnie ma się sprawa z beefami, których ostatnimi czasy na polskiej scenie nie ma prawie w ogóle. Część raperów w ogóle się od tego odcina, część wyjaśnia wszystko publikując posty na tablicy facebooka, a część ogranicza się tylko do nudnych strzałów w powietrze. Nie chciałbym oczywiście, żeby nasza, bądź co bądź, niewielka scena była zupełnie skłócona i rozbijana przez swoiste wojny domowe, ale mięsisty, dobry beef naprawdę by się nam przydał. Ta forma walki słownej nie opiera się przecież wyłącznie na bluzgach, bo bardzo ważne jest w niej wyłowienie argumentów obciążających przeciwnika, a potem umiejętnie poskładanie ich w punchline’y. To sprawdzenie charakteru, ale także czystych umiejętności, które weryfikują danych MC’s pod względem jakości skillsów. Po drugie daje to niemały zastrzyk fejmu. Szkopuł w tym, że niektórzy zapominają, co jest punktem pierwszym.

Podziemni raperzy chcąc czym prędzej wybić się na legal, wybierają znaną „ofiarę” i liczą na jej odpowiedź, by popłynąć na fali. Często na fali hejtu, ale ważne, że gdzieś się dopłynie. Mimo ogólnopolskiego kopiowana Ameryczki, nikt raczej nie powtórzy akcji Kendricka, kiedy ten zdissował kilkanaście ksywek na jednej zwrotce gościnnej. To się polakom po prostu nie opłaca. Przecież po podobnym ruchu zmniejszyłaby się od razu siatka kontaktów, z którymi można byłoby nagrać kawałek na nową płytę i zareklamować go znaną ksywką na odwrocie okładki. Solar z Białasem chcieli to wszystko trochę rozruszać, ale na dobra sprawę niewiele zdziałali.

Co do kopiowania USA jeszcze słów kilka. Żeby była jasność, umiarkowane wzorowanie się na kimś lepszym od siebie jest dobre, podłapywanie pewnych niuansów u idoli też jest dobre, trapy również są dobre. Ale xerobojstwo, o którym 16 (SZESNAŚCIE) lat temu nawijała Molesta dobre nie jest. A przyzwolenie na takie ruchy i chwalenie artystów, których stylówka nie istniałaby bez zżynania od innych to już sromotne przegięcie. Batman z Prosto przekroczył już wszelkie granice dobrego smaku fundując nam powrót do czasów młodego, obrazoburczego Eminema w skali 1:1. Zamiast wyróżniać się jako artysta, świeci jedynie blaskiem odbitym od sukcesów Slima. Wyczynów Alcomindz i ich pseudoswagu nie chce mi się nawet komentować. Śliwa jest jeszcze lepszy. Nie bawił się w podrabianie nikogo zza Oceanu. Postawił na patriotyzm i branie garściami od swojego rodaka, a konkretnie od Peji. I jeszcze niezłe propsy za to zbiera. To jest w moim mniemaniu automatyczny strzał w stopę. Co prawda odszkodowanie w postaci nabijania licznika sprzedanych płyt zostanie w końcu wypłacone, ale taki raper nigdy nie wyjdzie z cienia swojego guru. Bo na dobrą sprawę sam nim jest.


Komercjalizacja rapu sprawia, że w mainstreamie na coraz większą skalę wydawane są albumy bezpłciowe, niedopracowane i wyglądające jak szkice do mającej jeszcze powstać produkcji. Trzeba wydawać nowe płyty szybko, konkurencja nie śpi. Do tego dochodzą totalnie bezjajeczni artyści, puszczający w eter swoje totalnie wyprute z emocji wypociny. Chodzące banery typu SBS, Krasza i ZBUKU nie wnoszą nic swoją obecnością, a jeszcze denerwują nagminnym jechaniem po najmniejszej linii oporu i całkowicie niezasłużoną popularnością. Nie życzę nikomu źle, ale wciąż sądzę, że wejście do głównego nurtu powinno być jakąś nobilitacją. Natomiast ostatnimi czasy granica między legalem a nielegalem znacząco się zaciera i dużo więcej ciekawego dzieje się w podziemu, aniżeli na… powierzchni, jeśli można tak to określić.

Napisałem ten tekst, bo nie chce mi się już wchodzić do empiku i pierwsze co zauważać w dziale „rap/hip-hop” to krążki pustych kukieł i bajterów, którzy dostali wsparcie i promocję tylko ze względu na umiejętność wpasowania się w trendy. Mam też w nosie kto i ile zarabia, ale pod warunkiem, że nie przekłada kasy nad jakość swojej twórczości. Obecnie mamy jakiś krach artystyczny i tylko kilku raperów stara się wnieść swoją twórczością coś nowego na polski grunt bez patrzenia na profity z tego płynące.

Komentarze

  1. Dinozaury odpadną i to prędzej niż na się zdaje. Nie poradzą sobie na nowych bitach i wgl tam nie pasują te zgredy. Tylko na ich miejsce przyjdą znowu wacki promowane przez wytwórnie. Wniosek? Większość ludzi to idioci którzy łykają wszystko jak leci. Się nie przejmować i już. Zawsze tak będzie. Wgl jak najdalej od polskiego rapo-syfu.
    Słuchając polaczków to tak jak mieć możliwość jeździć polonezem a nowiutkim labmem i wybrać poloneza.... Szkoda na to czasu :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Mniej więcej dekadę temu naszła mnie taka refleksja, że 90% polskiego rapu to ścierwo. Przez kolejne lata dostałem setki dowodów w postaci przechujowych albumów na potwierdzenie mojej tezy. Komercjalizacja to dziś drugie imię polskiego rapu, z drugiej mani jak nawinął PIH "niekomercyjność też ma wartość komercyjną".

    Dlatego w mojej opinii ogromną wartość dodaną w postaci autentyczności i wiarygodności (niczym z lat '90) mają takie produkcje jak dla przykładu ostatnie solo Radara "R37TH". Sam raper nawinął nań "wszystko co mieli to te ulice szare, a kiedy odeszli zbratali się ze światem" - to perfekcyjnie oddaje obecną sytuację.

    P.S. Choć mamy skrajnie różne gusta - dobrze, że napisałeś ten tekst. Robi się chujowo!

    OdpowiedzUsuń
  3. Pokahontaz po prostu wykorzystało fejm jaki nabił im film,nie widzę w tym nic złego.Obaj raperzy działali jakoś tam na scenie,oboje mówili o kombeku przed filmem więc przy sprzyjającej okazji po protu zrobili to.Wyszło chujowo no ale czego się spodziewałeś po Rahimie i Fokusie ? a

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tomb vs Filipek, czyli jak się zbłaźnić na własne życzenie

Tygodnik #2