Przejdź do głównej zawartości

Sprint #9



VNM – Klaud N9jn
______________________________


Bez hucznych zapowiedzi, bez pustych obietnic i bez dużej promocji. W takich okolicznościach światło dzienne ujrzała najlepsza płyta VNMa. Dojrzała, świetnie wyprodukowana, z bardzo dobrym pomysłem (w końcu!). Elblążanin poszedł na przekór tym wszystkim, którzy zarzucali mu brak umiejętności pisania tekstów nie opartych na punchline’ach. Tutaj wychwalania swojego ego na dobra sprawę nie ma, a już na pewno raper nie robi tego w taki sposób, jak na poprzednich albumach. Opowieść o samym sobie z punktu widzenia innych, bliskich mu bardziej lub mniej, ludzi to koncept tyleż prosty, co płodny, a dodatkowo oparcie tego wszystkiego o motyw oniryczny daje jeszcze więcej możliwości do artystycznego wyżycia się. Nareszcie V pokazał pełnię swoich możliwości, które nie kończą się tylko na ekwilibrystycznym flow i składaniu czerstwych rymów wielokrotnych. Fenomenalny storytelling w „Skalpelu” służy za najlepszy tego przykład. Jasne, wciąż zdarzają się linijki powodujące konsternację, ale jest ich zdecydowanie mniej, niż na „Propejn”, czy „E:DKT”. Trudno zresztą znaleźć w „Klaud N9jn” jakieś duże mankamenty, nawet podśpiewywanie zostało ograniczone do minimum, a w „REM” brzmi ono naprawdę nieźle. Daaaamn! Świetny krążek to jest!



Taco Hemingway – Umowa o Dzieło
______________________________



Taco nie był dotąd mainstreamowym raperem, nie wypuścił sekstaśmy, która wywindowała jego karierę, ani nie jest ziomkiem ziomka, który ma ziomka, który zna popularnego rapera. Mimo to w krótkim czasie wytworzył wokół siebie hype, o jakim pomarzyć może niejeden przewyższający go stażem MC. I w sumie trudno się dziwić, bo gość jest na polską skalę naprawdę unikatowy. Zaskakuje tylko fakt, że tak pokaźna grupa odbiorców naprawdę skumała jego jazdę i ten specyficzny styl. Taco jest… inny i to chyba najbardziej przyciąga uwagę. W końcu mamy młodego rapera, który rozumie, że być świeżym nie oznacza tylko kserowania ameryczki, nawijania pod trapową perkusję i rzucania hashtagów na lewo i prawo. Co ważne, podopieczny Asfalt Records nie kreuje siebie w tekstach, ale ma duży talent do ironicznego opisywania otaczającej go, wielkomiejskiej rzeczywistości. Snute przez niego krótkie opowieści między innymi o „Białkoholikach” nie są co prawda szczególnie zaskakujące, ale z drugiej strony bardzo często prowokują do uśmiechu i konkluzji pod tytułem „o w mordę, faktycznie tak jest”. Flow Hemingwaya nie przypomina mi nic, co dotychczas na naszym polskim poletku słyszałem, jest jednocześnie płynne i… kompletnie nonszalanckie, jak gdyby autor nie skupiał się na tym elemencie stylu, chociaż z drugiej strony słychać i czuć, że za tą otoczką stoją całe godziny przesiedziane w studiu nad szlifowaniem własnego warsztatu. Dodajcie do tego quasi-oniryczne, świetnie dobrane bity, perfekcyjnie łączące się z wotum MC, i otrzymacie EPkę niemal idealną. Czas jednak pokaże, czy Taco Hemingway to zjawisko, które zaświeciło pełnym blaskiem tylko na chwilę, czy może mamy do czynienia z czymś więcej.



Bonsoul – Lepiej nie pytać
______________________________

 


Single promujące nowy Bonsoul zostały dobrane wręcz wzorcowo. Każdy jeden bez pytania walił obuchem w głowę i stawiał pytanie „serio można jeszcze lepiej?”. Podejrzewam, że niektórzy oczekując premiery nie mogli spać po nocach, a jak już zasnęli, to śniła im się okładka płyty. Ja również odliczałem dni do posłuchania tej kolaboracji i w żadnym wypadku się nie zawiodłem. Ale jednak do peanów na jej cześć nie dołożę swoich pięciu gorszy. To po prostu dobra płyta na dobrych kurwa bitach z kilkoma fantastycznymi momentami, kiedy Bonson dosłownie wypruwa sobie żyły przy akompaniamencie surowego brzmienia spod ręki Soulpete’a. Dzieje się tak przede wszystkim w szczerym do bólu „Lepiej nie pytać”, albo gdy Pete „daje bit co okrutnie wali w pizdę” w „To znowu BS”. I faktycznie, na takie utwory czeka się jak na Brudne na Wigilię. Poza szlagierami mamy jednak momenty poprawne i jeden zwyczajnie nudny, bo „Ziomki i przyjaciele”, poza trafiającymi w samo serducho wersami o zmarłym Orle, wcale nie przykuwa uwagi. Wciąż czuć na całej płycie podziemny sznyt, jakim od lat szczyci się Soulpete, a do którego Bons powrócił w świetnym stylu. Nie znajdziesz tutaj przyspieszeń, sylabowania, gimnastyki na bitach, hashtagów. Co w zamian ? Brudny rap, często ciężkie, szczere do bólu wersy na bitach, które potrafią zerwać beret. Ja jestem na tak, chociaż krzyżem przed „Lepiej nie pytać” nie padnę.



Guzior – ylloM
______________________________




Całkiem fajną ma Guzior stylówę, ale jeszcze nie potrafi jej w pełni wykorzystać. Takie osobliwe połączenie Kubana i Kuby Knapa. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że gość czasem zapomina jak się rapuje. Na „ylloM” mamy do czynienia z wyjątkowo denerwującą sinusoidą, bo zdarzającą się nawet w obrębie jednego numeru. Strasznie ta płyta nierówna, a momentów niedopracowanych, czy zwyczajnie słabych, jest dużo więcej niż tych dobrych. Na pewno trzeba pochwalić tegorocznego Młodego Wilka za trafny dobór bitów (Walchuk kot), bo świetnie współgrają one z głosem i stylistyką wersów rapera. A za co należałoby go zganić? Tutaj lista jest niestety ciut dłuższa. Przede wszystkim Guzior musi nauczyć się przyspieszać, bo obecnie jego akceleracje brzmią jak syntezator mowy na sterydach. Po drugie, nie może więcej rzucać tak suchych punchline’ów jak „Masz pecha, którego nie zmieniłaby paka orbit”, bo jest ich prawdziwe zatrzęsienie. No i po trzecie- nie przesadzać ze swoim lotem. Bo o ile „ylloM” klimat swój posiada i jak na polską scenę jest całkiem fresz, to łatwo go przekoloryzować, a tegoroczny rookie robi to zdecydowanie zbyt często. Kawałek „Clint Eastwood” zdradza, że mamy do czynienia z dużym potencjałem, ale trzeba jeszcze trochę poczekać na jego eskalację.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tygodnik #1

Tomb vs Filipek, czyli jak się zbłaźnić na własne życzenie