Przejdź do głównej zawartości

Sprint #7


________________________________________________________________________________________________


Na ogół szczerze gardzę tą całą Ciemną Strefą, bo prawie każdy z tych prawilniaków rapuje tak samo, ma takie same teksty i rymy, a na dodatek wszyscy wyglądają jak klony. Małacha i Rufuza się to jednak nie tyczy, co udowodnili dwa lata temu niezłą „Relacją”. Teraz, przy wielkim wsparciu od Prosto, nagrali krążek bardzo dobry, muzycznie mocno odbijający od ulicznego rapu. Żadnych większych eksperymentów brzmieniowych co prawda tutaj nie ma, ale porządny oldschool- jak najbardziej. Ciężkie werble zamiast bezbarwnego pianinka, motyw gitary akustycznej („Z Nadzieją”) i inne niezłe patenty, które chociaż głowy nie urywają, to mogą się spodobać. Obaj MC’s również postanowili poczynić progres, szczególnie Małach, stojący obecnie w jednym szeregu z Rufuzem, ale tak charakterystycznej stylówki jak kolega jeszcze nie znalazł. Zdarzają się oczywiście gorsze momenty, jak zwyczajnie nieciekawe „One night in Paris”, czy ckliwe „Dobrze, że jesteś”, ale są one równoważone chociażby przez świetne, energiczne „Tam gdzie”, zaskakujące, bo ze zmieniającym się flow „Pakt” oraz „Wtedy Dziś” z bardzo dobrym śpiewanym refrenem. Obiecujący duet, a jeśli stale będzie się wspinał po szczeblach rozwoju artystycznego to możliwe, że przekonają do siebie nawet tych najbardziej kręcących nosem na uliczną stylistykę.

6/10

________________________________________________________________________________________________


Niegdyś otoczony bez mała kultem projekt teraz stał się pośmiewiskiem wszystkich świadomych słuchaczy. No ale co w tym dziwnego, skoro na piątej odsłonie legendarnego „Kodexu” pojawiają się takie ksywki, jak KaeN, Śliwa, Zbuku, Rena, albo GrubSon. Litości. Skoro płyta producencka L.A. i Magiery już dawno obrosła w pióra, to wypadałoby zaprosić na featuring raperów naprawdę na to zasługujących, co byłoby dla nich swoistą nobilitacją. Z klasyka zrobił się średniak, bo słabiaków tu cała masa- Pih, który powinien już dawno zakończyć karierę, Kajman, Sobota, coraz słabszy Vienio… Dobrze że są chociaż tacy jak Quebonafide (niestety z dość nędzną jak na jego umiejętności zwrotką), niezły Bonson, KęKę, który z miejsca zjada występy innych oraz Tau, również pokazujący się z najlepszej strony, ale kilka słuchalnych numerów na 20 wszystkich? Coś tu nie gra. Pewne jest więc to, że mamy do czynienia z najsłabszą odsłoną „Kodexu”. Brakuje tutaj czegoś choć trochę zespalającego poszczególne utwory, przez co cały album brzmi jak naprędce zrobiona składanka. Chałtura i skok na kasę. Rzekłem.

3/10

________________________________________________________________________________________________


Szok i niedowierzanie. Spodziewałem się powtórki po „3854 krokach” czyli płyty niezłej, acz nudnawej, niewybijającej się w żadnym zakresie i trochę trącącej myszką. Włączam odsłuch i… gały na wierzchu. Nie ma nudy, zero specyficznego dla Pelsona flegmatyzmu, za to wakacyjna atmosfera pełna gębą. „186 dni” to letniak, przy którym można śmiało odpoczywać, rozmawiać o dupie marynie, pływać, czy robić cokolwiek co kojarzy wam się z dniami wolnymi od codziennych zajęć. To wszystko za sprawą fantastycznych bitów DJa Torta, które czasem mocno działają na wyobraźnie („Wagary”). Nie można jednak spłycać rozbudowanej warstwy tekstowej, często niedosłownej, którą można (i należy) interpretować we własnym zakresie. Poza ambitniejszymi wersami znajdziesz też choćby fajnie przewinięte opowieści natchnione prozą życia (poeta ze mnie, co) lub wspominki z dawnych lat- między innymi o pobycie członka Molesty w Ameryce. Kurde, naprawdę dobra płyta. Sądziłem, że to będzie jeden z krążków typu „odsłuchaj, zrecenzuj, zapomnij” ale sprawa ma się zupełnie odwrotnie i na pewno na długo zagości na moim odtwarzaczu. Polecam.

7/10

________________________________________________________________________________________________


W zasadzie to chyba dobrze, że „Satori” powoduje pewien niedosyt. Jakby nie patrzeć- przez ten zaledwie kilkudziesięciominutowy mixtape jeszcze bardziej ostrzę sobie zęby na premierę „NNJL”. Na króciutkim albumie Gedz co prawda nie pokazuje wybitnych możliwości, ale znakomicie odnajduje się na przepięknych bitach od F.∅.R.X.S. (btw. to prawdopodobnie najgorsza ksywka producenta w historii polskiej rapsceny, serio), Deemza i Bejotki. Raper miał w czym wybierać: „Spacer po Chmurach” wprowadza naprawdę niecodzienną jak na polskie warunki atmosferę, kapitalny trapowy banger „Mój Sos” z czterema niezłymi gośćmi to esencja stylu, a taki choćby „Światowid” z miejsca zabija klimatem. W kwestii flow z czystym sumieniem można stwierdzić, że gospodarz poradził sobie bez zarzutu, jednak co innego jeśli chodzi o warstwę tekstową. Trudno znaleźć ciekawe linijki, dużo łatwiej natknąć się na te… absolutnie beznadziejne („z diabłem bite żółwie”??), doprawione bardzo słabymi hashtagami (#autokanibalizm????). Tak już z Gedzem jest, że wersami nie potrafi przyciągnąć nikogo, kto słucha rapu chociaż miesiąc. Są one bowiem płytkie, oklepane, rzadko kiedy potrafią zwrócić uwagę. W kilku słowach: doskonałe bity, średni Gedz plus na ogół udane występy gościnne (oprócz tego wannabe Abla).

5/10

Komentarze

  1. Nadrabiasz zaległości w szybkim tempie. Może by tak w kolejności recenzja nowego Elda ? Byłoby to mile widziane ")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będzie, ale najpierw PL TrooMa, GWCP Hucza i LCS Knapa :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tomb vs Filipek, czyli jak się zbłaźnić na własne życzenie

10 najlepszych kawałków na poprawę humoru