Przejdź do głównej zawartości

Sprint #8
















Arik – Obsydian EP
______________________________



Pomimo wszystkich wad młodego reprezentanta 3/4 UDGS na pewno nie można spisywać na straty. Zainteresowałem się Arikiem, bo sądziłem, że to będzie perełka w morzu łez wylanych przez innych smutnych raperów. Niestety, okazało się, że on sam w to morze wpadł i został brutalnie wyrzucony na mieliznę. Robotę robią przede wszystkim fenomenalne, zahaczające o cloud bity między innymi od MVZR, na których raper radzi sobie co prawda całkiem nieźle, ale w dużej mierze jest to polska średnia. No właśnie, prawda jest taka, że Arik nie wyróżnia się wśród innych niczym, oprócz całkiem udanych prób podśpiewywania w kilku utworach. Liryka gospodarza dość nieudolnie próbuje udawać, że jest czymś więcej, ale maskę tajemnicy zdzierają z niej oklepane wersy i typowo smutasowe pierdoły. Płacz nad życiem, błędnymi decyzjami i brakiem perspektyw to tutaj norma, uderzająca tym bardziej, że gospodarz ma na karku zaledwie 21 wiosen. Przez ten fakt linijki stają się trochę naciągane i momentami bardziej żenują, niż zmuszają do myślenia. Typ rok ode mnie starszy mówi, że „jest już za późno”. Ta. Może być co najwyżej za wcześnie. Za wcześnie na przykład na legal, ale jakiś potencjał jest wyczuwalny. Wszystko zależy od tego co raper zamierza z nim zrobić. Na plus występ Bonsona, który jak zwykle dobrze odnalazł się w takich klimatach, na minus Planet, którego forma spadkowa zaczyna powoli martwić.



O.S.T.R. – Podróż Zwana Życiem
______________________________



Dojrzała płyta dojrzałego rapera. Po tylu latach starań Ostry w końcu nagrał album, którego chce się słuchać od deski do deski. Jasne, żadnej wielkiej rewolucji w wizerunku tutaj nie znajdziesz, ale Adam nareszcie przestał rapować o odróżnianiu gówna od twarogu, albo ruchaniu psa w chorą dupę. Tak naprawdę sądziłem, że niezła, aczkolwiek nudnawa płyta z Marco Polo to już szczyt jego dzisiejszych możliwości, ale na szczęście grubo się pomyliłem. Łodzianin dał nam kilkadziesiąt minut fantastycznej muzyki. Muzyki, która mimo, iż zawsze trzymała wysoki poziom, tak teraz wskoczyła na pierwszy plan nie spychając jednak MC z piedestału. Często dzieje się tak, że raper kończy swoją zwrotkę i następuje długa sesja instrumentalna. Bez refrenu, bez wokali. Nastrojowa muzyka płynie, żyje własnym życiem, czegoś takiego u OSTRa nie słyszałem chyba nigdy. Dzięki tego typu zabiegom nawijka nie nudzi, nie ma się wrażenia przesytu zwrotek. Daje to pewną przestrzeń. Gospodarz przestał „zalewać” bity wersami pisanymi trochę na siłę, co zdarzało się nagminnie na poprzednich albumach. Do tego dodajcie niesłabnące flow i dykcję, Sachę Vee, a także teksty, które (nareszcie!) trafiają w dychę- taki „Hybryd” powoduje ciarki na plecach. Wow !



Quebonafide – Erotyka
______________________________




W odpowiedzi na liczne zapytania fanów „Quebo, kiedy erotyka?” główny zainteresowany postanowił uraczyć ich mixtapem o takim samym tytule dodawanym do preorderu „Ezoteryki”. No i fajnie. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że 3/4 tracków z LP każdy znał już na pamięć. A tutaj ni z tego ni z owego kilkanaście nowych kawałków, które mimo że w większości opadu szczęki nie powodują, to naprawdę dają radę. Po którymś z kolei odsłuchaniu denerwować może męczący host w wykonaniu Dwóch Sławów i Wesołego Hypemana oraz tragiczne remixy „Cierni” (podkład w ogóle nie pasuje do reszty) i „Voodoo”, gdzie VNM i Kuban jedynie odbębnili robotę, a Guzior za to zapluł cały mikrofon (kto zrozumie chociaż połowę jego przyspieszeń stawiam kratę browarów). Te słabe momenty rehabilitują przede wszystkim trzy utwory: FENOMENALNE „House of Cards” z K-Leah, które zaliczam do najlepszych numerów Queby w ogóle, koncertowa bombę „Jackass” na maksymalnie dobrym bicie Lanka, a także „Sukces?”, gdzie daje o sobie znać stary, wkurwiony Que z Eklektyki. Na plus również remix „Ciuchów, Kobiet…” od SB Maffji oraz ciekawie rozwinięty tekstowo „Cotidie Morimur”. Cały mixtape jako luźny dodatek spisuje się znakomicie, ale fajerwerków się nie spodziewajcie.



Soulpete – RAW
_____________________________





Stosunek jakości do ilości bitów tworzonych przez nadwornego producenta Rap Addix po prostu nie mieści się w głowie. Soulpete jest pracoholikiem, będącym chyba na wiecznym głodzie. Kilka miesięcy temu dostaliśmy fantastyczny „SoulRaw”, teraz w ręce wpada właśnie „RAW”, a za chwilę światło dzienne ujrzy projekt z Bonsonem. I ciągle, nieprzerwanie, bez żadnych wpadek, żadnych słabszych momentów to ten sam, kosmiczny poziom. Mógłbym jeszcze napisać, że nieosiągalny dla reszty sceny, ale po co mam dalej zagłębiać się w te truizmy. Dobra, no więc prosto z mostu- to jedna z najlepszych polskich płyt producenckich, jakie słyszałem. Serio. Idealnie rozłożone proporcje. 10 zróżnicowanych kawałków nie powoduje ani przesytu, ani niedosytu. Ponadto świetny dobór raperów. Od podziemnych wyjadaczy, przez młodych, zdolnych aż po ikony polskiego hiphopu. I nieważne, czy to pesymistyczna, apokaliptyczna wizja Raka w „8do2” czy O.S.T.R. radośnie powracający do czasów stylówki z „Ja tu tylko sprzątam”- Soulpete zawsze potrafi stworzyć z głosami i linijkami raperów fenomenalną symbiozę, oddając nam utwory kompletne, niemalże pozbawione wad. Dodajcie do tego jeszcze gęsto sypiące się scratche DJa Ace'a i nie zastanawiajcie się już ani chwili nad posłuchaniem tego dzieła. I tylko młodziutki i przeciętniutki Otsochodzi nie bardzo tutaj pasuje. Ale nieważne. Jak posłuchacie bitu-walca, sunącego ociężale w kawałku z Quebonafide, to przejdzie wam ochota na jakiekolwiek marudzenie. Pozycja obowiązkowa.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tomb vs Filipek, czyli jak się zbłaźnić na własne życzenie

W.E.N.A. & Quiz - Monochromy EP