Przejdź do głównej zawartości

Pelson - 3854 i 3 Kroki




Podobno tytuł nowego krążka Pelsona symbolizuje kroki wykonywane przez niego podczas ulubionej trasy spacerowej po Warszawie. No i dobrze. Szkoda jednak, że ta nazwa w żadnym calu nie metaforyzuje wykonanego progresu w ciągu ostatnich lat.

Trudno mówić o Tomaszu Szczepanku bez patrzenia przez pryzmat Molesty. Trudno krytykować go po tym, co kilkanaście lat temu robił dla polskiej kultury hiphopowej. No ale spójrzmy prawdzie w oczy. Jego czas na scenie zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do godziny zero. I na to rady nie ma.

Nuda. Oto pierwsze skojarzenie po odsłuchu albumu. Pelson nigdy nie był jakimś bardzo żywiołowym raperem, ale na „Sensi”  czy „Parias” potrafił chociaż nawinąć sensownie i ciekawie. Teraz to zupełnie nie ta liga. Próżno szukać tu odkrywczych wersów, czy jakiejkolwiek próby kombinacji ze swoim stylem pamiętającym jeszcze czasy roku 2000. Ok, wiem że to weteran i w ogóle. Ale to wcale nie daje mu licencji na bycie zamulaczem. Często wyraża się bowiem zupełnie bez emocji, a jeśli dodać do tego wieczne mówienie przez nos, to obraz ogólny przestaje być ciekawy nawet dla zagorzałego fana Molesty. Dobrze chociaż, że to EP.

Tomek jako tako wyrabia się na bitach tylko z tego względu, że nie są one szczególnie skomplikowane. Czy to plus, czy minus zdecydujcie sami. Ja jednak przychylam się do pozytywnego patrzenia na sprawę. Przynajmniej warszawiak odpowiednio ocenił swoje możliwości i dobrał podkłady pasujące do nich. Zresztą w ogólnym rozrachunku strona muzyczna płyty to jeden z jej większych plusów. Niektóre są bardzo klimatyczne („Tej Nocy”), inne natomiast skręcają w klimaty lekko funkowe („Kinematografia”). Większość to wysoki, choć paradoksalnie niezbyt ambitny poziom. Trueschool z małymi przebłyskami, ot co.

O tekstach nie ma za bardzo czego napisać. Spostrzeżenia rapera są oklepane z wszelkich możliwych stron przez całe tabuny innych. Piękna Wawa, trzymam się na scenie, tryliard wspominek, jestem sobą. Do samego rymowania zastrzeżeń mieć jednak nie można, poza faktem, iż nie przyciągają słuchacza na dłużej. Wszystko brzmi dobrze, zdarzają się podwójne i w tym aspekcie Pelson od lat trzyma ten sam, całkiem wysoki poziom. 

Goście niewiele ustępują gospodarzowi. Chociaż trudno  też powiedzieć, że tchnęli w płytę jakąś świeżość. Grizzlee znowu wkurza swoim przeciętnym głosem, Eldo jak nudził kiedyś, tak nudzi teraz i chyba nudzić już nigdy nie przestanie, natomiast Hades jako jedyny potrafił zainteresować swoim wejściem. O Kubosnie słyszałem dużo dobrego, teraz pierwszy raz miałem styczność z jego rapem i de facto niezbyt mnie zachwycił. Za dużo już trochę tych raperów średnio-dobrych, naprawdę.

Wydawanie albumu, a tym bardziej EP-ki w sezonie okupowanym przez absolutnych wyjadaczy sceny to perfidny strzał we własną stopę. Krążek trzyma pewien poziom, jednak nie potrafię przedstawić żadnego argumentu popierającego pomysł zakupienia fizycznej wersji. Bo choć klimat jest dobrze odczuwalny w obecne zimowe dni, to jednak całe przedsięwzięcie ginie gdzieś pod naporem masy innych, o wiele bardziej wartościowych.

6.0/10

Komentarze

  1. Raperzy maja ksywki po to zeby do nich mowic po ksywkach. Nie pisz po imieniu, bo to wyglada mocno przypałowo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a nazwisko i imię już nie służą do tego, żeby tak się do nich zwracać ? ;] używam ich najczęściej po to, by uniknąć powtórzeń.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tomb vs Filipek, czyli jak się zbłaźnić na własne życzenie

10 najlepszych kawałków na poprawę humoru