Przejdź do głównej zawartości

Vixen - Kontinuum


 
To, że Vixen jest najlepiej rokującym, a zarazem najlepszym w ogóle członkiem RPS Enterteiment nie ulega najmniejszej wątpliwości. Złośliwcy odbierają ów fakt w świetle mocno pejoratywnym, jednak raper z Poznania nie raz pokazał, iż w pełni zasługuje na miano młodego wilka. Choć na pierwszy rzut oka niezbyt go przypomina.

Raper bardzo wiele się nauczył od czasu swojej ostatniej solówki. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że dokonał jednego z największych progresów ostatnich lat. Naprawdę, w końcu postawił swoistą kropkę nad i, co nie wyszło mu dotąd nigdy. Poprzednie krążki obfitowały co prawda w młodzieńczego powera i całkiem dobre wersy, ale cały czas pozostawało to wszystko na jednym, niezmiennym poziomie. Teraz mamy sytuację zgoła odwrotną, chociaż.. no też nie do końca. Dlaczego?

Cała płyta znów została oparta o jeden pomysł, a każdy kolejny kawałek to echo poprzedniego. W mniejszym stopniu niż kiedyś, ale jednak. Widać oczywiście, że Vixen bardzo przyłożył się do nagrywek, ale w dalszym ciągu nie wydostał się z odmętów monotonii. Wystawił już nad nią głowę i nieśmiało rozgląda się dookoła, ale dalej coś ciągnie go w dół. Gdy w końcu odkryje co, to będziemy mieli płytę roku. A jak na razie trzeba się zadowolić po prostu materiałem bardzo dobrym.

Przy odsłuchu pierwszych utworów bardzo prawdopodobną reakcją będzie wgniecenie w fotel, ewentualnie rozdziawienie paszczy na szerokość dotąd wam nie znaną. Gość robi z bitami co chce. Często na chwilę przyspiesza, spowalnia, nawija bardzo szybko, zmienia intonację, a wszystko to jak gdyby od niechcenia, bardzo naturalnie. Dotąd raczej sztywno trzymał się instrumentali i błogosławił każdy werbel, natomiast teraz potrafi z łatwością okiełznać właściwie każdy podkład. Czasem przesadza, jak w utworze „Przekonania”, ale patrząc całościowo mamy do czynienia z naprawdę zacnym kawałem flow.

Bardzo ciekawym urozmaiceniem jest również śpiewanie w refrenach. Wtedy Vixen gubi swój wysoki (acz już nie tak denerwujący) głos na rzecz fajnego, kojącego uszy wokalu jak w „Utworzymy Pełnię” czy „Motywacji”. Taki kontrast wyszedł naprawdę nieźle. Choć nie mamy do czynienia z ruchem szczególnie odkrywczym, to wypada pochwalić tą składową, gdyż została wykonana na wysokim poziomie i idealnie spełnia swoje zadanie.

Idąc tym tropem można stwierdzić, iż poprzez skupienie się nad formą teksty zeszły na dalszy plan. I rzeczywiście tak jest. Co prawda liryka Vixena nigdy nie była najwyższych lotów, ale trzymała poziom zarezerwowany dla artystów z górnych stanów średnich, jak Onar czy Miuosh. Poprzeczkę łatwo więc było przeskoczyć. Podopieczny Peji uczynił to natomiast z małymi trudnościami.

Generalnie teksty napisane na „Kontinuum” dość miernie absorbują uwagę. Po przesłuchaniu albumu zupełnie nic nie zapada w pamięć, brakuje oryginalnych i celnych linijek. W zamian za to upchnięto sporą łychę banałów, podlanych sosem moralizatorstwa. Sprawę ratują niezłe występy gościnne (Młody M, Bisz, Nalef) oraz ciekawe metafory i porównania już w wykonaniu gospodarza („Orły”). Co prawda jest bardziej spójnie niż na „Rozpalić Tłum” ale do olimpijskich wersów Mesa dużo brakuje. Natomiast główna oś tematów rzadko wykracza poza schemat: życiowe problemy-wspominki-motywatory.

Zwyżkę formy zanotowałem natomiast w warstwie muzycznej. Vixen konsekwentnie rozwija się jako beatmaker i jego produkcje są coraz bardziej charakterystyczne. Szkoda tylko, że wciąż nie przekonał się do mocniejszych basów, czego następstwem jest dosyć płaskie brzmienie. Mimo tej niedogodności bity bronią się same, poprzez sporą różnorodność. Oprócz ledwo słyszalnych, pollockopodobnych („Utworzymy Pełnię”) znajdziemy też trochę żywsze, dające podwaliny pod zaprezentowanie flow. Braku podkładów naprawdę bardzo szybkich się nie odczuwa, poprzez wspomniane parę akapitów wcześniej świetne poruszanie się po nich. Za konsoletą stanęli również Sherlock, Lanek, Rockets i 101 decybeli, a efekty ich pracy są.. dobre i nie odstają poziomem od tych wykonanych przez gospodarza

Szkoda że „Kontinuum” wychodzi niemal dokładnie w czasie, gdy premierę mają Zeus, Gural, Medium i Nullo. Przez ten fakt krążek pewnie nie zdobędzie należytego zainteresowania. A szkoda bo jest dobrym zastrzykiem energii i zajawki. Polecam. I lecę słuchać „Zeus Nie Żyje”.

   8.0/10

Komentarze

  1. Będzie recenzja asapa? Czy tylko polskiego rapu słuchasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. słuchałem Asapa, ale nie będę recenzował, bo to raczej blog o rapie polskim, a zagraniczny w zasadzie dopiero poznaję. może za jakiś czas, teraz- nie.

      Usuń
  2. bedzie recenzja nowego hg?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będzie, ale jeszcze nie słuchałem.

      Usuń
  3. Skąd zachwyty? Powiedz mi, Autorze, czym? Dla mne to wyjec, jedyny warty uwagi kawałki to ten z Biszem, poza tym słuchając tej płyty już drugi raz wkurwiało mnie jego flow, w dodatku te śpiewy, jak u Kroolika Underwooda, co to ma być? Chórki u Rycha? Dajcie spokój. Ta płyta jest słaba, nie ma tekstów a jak już jest ciekawy bit to po chwili wciskam Next, bo zaczyna się wycie w refrenach. Nie nie, to nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tomb vs Filipek, czyli jak się zbłaźnić na własne życzenie

10 najlepszych kawałków na poprawę humoru